Z wizytą u Kopernika

Nie planowałam jechać na Copernicon, tymczasem nie dość, że w miniony weekend znalazłam się w Toruniu to jeszcze w konwencie uczestniczyłam pełniej, niż zwykle, bo jako twórca programu. Wszystkiemu zaś winny był Grzegorz “Gendo” Bagiński, koordynator bloku Sesje RPG, który tak skutecznie namawiał mnie do wizyty w mieście słynnego astronoma, że nie sposób było odmówić - nawet wziąwszy pod uwagę konieczność podróżowania z psem. Copernicon był więc dla mnie konwentem pod każdym względem innym, niż zwykle i chociaż nie lubię porzucania swoich przyzwyczajeń muszę przyznać, że do tego bardzo udanym.

Czas i miejsce

Copernicon - jak zresztą wskazuje nazwa - odbywał się w Toruniu, w dniach 13 - 15 września. Konwent mógł poszczycić się świetną lokalizacją, w samym centrum Starego Miasta, mieścił się bowiem w dwóch budynkach należących do UMK. W pięknym, niesamowicie klimatycznym Collegium Maius znajdowała się akredytacja, stoiska wystawców oraz sale przeznaczone na sesje RPG, z kolei w Collegium Minus odbywały się prelekcje chyba wszystkich bloków programowych. Warto dodać, że oba przybytki wiedzy są położone na tyle blisko siebie, że przemieszczanie się pomiędzy nimi nie stanowiło problemu - nawet wziąwszy pod uwagę wyjątkowo podłą pogodę. W nieco większym oddaleniu znajdowała się szkoła noclegowa, jednak nie słyszałam na to jakichś szczególnych utyskiwań, domyślam się więc, że dystans należał do tych, które bez bólu można przebyć na piechotę.
Warto wspomnieć, że dzięki temu, iż konwent znajdował się w samym centrum nie stanowiło problemu napełnienie głodnych żołądków. Co więcej, organizatorzy zapewnili konwentowiczom zniżki w rozmaitych okolicznych przybytkach - pizzerii, restauracji indyjskiej, włoskiej knajpce z opcją jesz ile chcesz, a nawet pubach. Wybredni uczestnicy, którym nie odpowiadała żadna z wymienionych opcji mogli zaś wybierać wśród licznej konkurencji. Ze zniżką, czy bez, muszę przyznać, że chyba na żadnym konwencie mój żołądek nie czuł się tak dopieszczony. Po co komu konwent: Toruń warto odwiedzić chociażby dla fantastycznego piwa piernikowego i pysznych naleśników w Manekinie.

Organizacja

Tym razem na organizację patrzyłam z perspektywy twórcy programu, nie zaś zwykłego uczestnika. Sądziłam, że nie odczuję specjalnej różnicy, tymczasem okazało się, że są to punkty widzenia diametralnie różne. Nie mam organizatorom Coperniconu nic do zarzucenia. Mam tylko nadzieję, że szarzy konwentowicze byli tak samo rozpieszczani, jak Mistrzowie Gry i paneliści.
W kolejce do akredytacji spędziłam może 5 minut - aby przekazać mi pakiet z identyfikatorem, informatorem i stosikiem ulotek sympatycznej gżdaczce wystarczył rzut oka na mój dowód osobisty. Przy tym okazało się, że opłatę uiszczam z już odliczoną zniżką za program, co mile mnie zaskoczyło. Poczułam, że organizatorzy mają do mnie dostatecznie dużo zaufania, by wierzyć, że nie ucieknę ze swojej sesji. Z tego, co wiem częściej stosuje się zdecydowanie bardziej kłopotliwy model zwracania panelistom pieniędzy po tym, kiedy już zakończą odrabianie pańszczyzny, toteż w tym punkcie Copernicon ma u mnie dużego plusa.
Później przywitał nas Gendo, zajmujący się blokiem Sesji RPG, a było to powitanie niezwykle zacne, zawierające pyszne czekoladowe muffiny, które głodnym, zmokniętym i zmęczonym podróżą ludziom wydawały się ósmym cudem świata. Potem było już tylko lepiej: Gendo pilnował, żebym we właściwym czasie znajdowała się w odpowiednim miejscu, zaganiał do sali graczy, wyczarowywał brakujące ołówki i kostki. Jeżeli koordynatorzy pozostałych bloków byli równie pomocni, jestem przekonana, że za rok paneliści i Mistrzowie Gry będą walić na Copernicon drzwiami i oknami.

Atrakcje

Program Coperniconu, mimo że złożony z kilkunastu bloków, nieco mnie zawiódł. Owszem, na konwent przyjechały prawdziwe sławy, jednak obok prelekcji Geekozaura, zwierza popkulturalnego, Kobiety-Ślimaka i dzielnie rozpowszechniającego wiedzę o Apocalypse World Pl Tora zdarzały się punkty programu trącące myszką i promujące w moim odczuciu np. mocno nieaktualny styl grania lub przypominające grupową terapię. Oczywiście, nie oznacza to, że w informatorze próżno było szukać interesujących prelekcji - raczej, że ginęły one w wśród rozmaitych konkursów wiedzy i nie do końca dobrze przygotowanych punktów programu. Sądzę, że w przyszłości warto wziąć pod uwagę radę Puszona i postawić z jednej strony na nieco mniejszą różnorodność, w której nie zginą programowe perełki, z drugiej zaś wyłącznie na sprawdzonych prelegentów. Z ulgą przyjęłabym również ułożenie informatora według godzin, a nie według bloków.
Poza prelekcjami na konwencie można było również wziąć udział w sesjach RPG, LARP-ach, pograć w bitewniaki i planszówki, a także zobaczyć fire show. Bez wątpienia działo się dużo, szkoda tylko, że poziom atrakcji był tak nierówny.

Trudno mi się wypowiadać w kwestii mojej sesji. Z jednej strony, wydaje się, że była całkiem udana, z drugiej natomiast już podczas prowadzenia czułam, że pewne rzecz mogłam pokazać lepiej. Niestety, marznąc w nie do końca suchych ubraniach po piątkowej deszczowej apokalipsie nie czułam się najlepiej. W przyszłości obiecuję się poprawić, nie tylko od strony prowadzenia, lecz również organizacji. Copernicon sprawił, że przekonałam się, iż sobota rano to niezbyt dobra pora na sesję, jeżeli konwent nie jest nastawiony całkowicie na granie w RPG. Następnym razem wybiorę lepszy termin. Mam jednak nadzieję, że graczom sesja podobała się na tyle, iż nie żałują wstawania na barbarzyńską 10 rano.

Podsumowanie

Copernicon oceniam bardzo pozytywnie, szczególnie pod względem organizacyjnym. Mimo pewnych wpadek programowych na pewno będę chciała wrócić do Torunia za rok. Wierzę, że organizatorzy pozwolą mi wtedy przekonać się, że ich konwent potrafi być jeszcze lepszy, większy i ciekawszy, niż wcześniej.

Odrobina prywaty

Copernicon był szczególnym konwentem również dlatego, że w podróży towarzyszyła nam Tytania. Po dłuższych wakacjach, podczas których była pod opieką nie do końca kompetentnych osób nie chcieliśmy zostawiać jej znowu w niepewnych rękach. Nie pozostało więc nic innego, jak zabrać ją ze sobą. Wojaże z psem okazały się znacznie mniej problematyczne, niż się spodziewałam. Tytania nie sprawiała problemów ani w pociągu, ani w hotelu. Właściwie, jedyne, czym jestem zawiedziona to fakt, że gżdacze nie pozwolili całej naszej trójce podejść do stanowiska akredytacyjnego, przez co wejściówki musieliśmy kupować na raty. Pogoda była wyjątkowo podła, byliśmy całkowicie przemoczeni, a to tylko opóźniło nasze spotkanie z ciepłym pokojem hotelowym.

Copernicon był też konwentem bardzo udanym pod względem towarzyskim, podziękowania i dobre słowa wędrują do:
Magdy i Gendo - za muffiny i psie ciasteczka, doprowadzenie do dobrego jedzenia i wszelką pomoc, jakiej udzieliliście nam przez cały konwent;
Jade - za wspólną podróż, ciekawe rozmowy i bycie ciocią Tytanii;
lucka - za to, że wie, jak należy traktować królową - jesteś najlepszym wujkiem;
Puszona - przykro mi, że Cię zawiodłam;
Darkena - z niecierpliwością czekam na bombę
Magdy i Urka - za sympatyczną pogawędkę.

PS. Setny wpis!

Quentin: po drugiej stronie barykady

W blogosferze PRG-owej opublikowano ostatnimi czasy trochę wpisów dotyczących Quentina, były to jednak teksty przedstawiające punkt widzenia autorów konkursowych scenariuszy. Jako, że ogłoszenie wyników oraz rozdanie nagród mamy już za sobą poniżej przedstawiam garść wrażeń dotyczących mojego jedno sezonowego wystąpienia w charakterze członka Kapituły.

***
Zawsze chciałam wystartować w Quentinie. W przeciwieństwie do Pucharu Mistrza Mistrzów, konkurs na najlepszy scenariusz do gry fabularnej kusił mnie od dawna - dość pewnie czuję się we wszelkiego rodzaju pisemnych formach, więc Quentin nie wymagał ode mnie tyle odwagi, co PMM. Niestety, nigdy nie udawało mi się przejść od luźnych, przeznaczonych tylko dla notatek do tekstu, z którego mógłby skorzystać ktoś inny. W tym roku miałam mocne postanowienie, by wreszcie przekroczyć tę magiczną granicę. Niestety, poległam kolejny raz, dla odmiany jednak nie ze swojej winy.

Pod koniec stycznia Michał Smoleń zaprosił mnie do wstąpienia w szeregi Kapituły. Wtedy jeszcze nie rozpoczęłam prac nad swoim - zwycięskim, a jakże - scenariuszem, mogłam więc z czystym sumieniem rozważyć, czy podołam obowiązkom quentinowego sędziego oraz czy możliwość zobaczenia konkursu od środka jest dostatecznie kusząca, by znowu odłożyć ten fantastyczny pomysł na półkę. Ostatecznie, przekonana argumentem kaduceusza, że skoro do tej pory nic nie udało mi się napisać powinnam zostać sędzią dałam się namówić do współpracy. I chociaż wcześniej dokładnie dopytałam się, czego powinnam się spodziewać w pewnych kwestiach rzeczywistość zdecydowanie przerosła moje oczekiwania.

Wszyscy równi

Podobnie, jak chyba większość osób jedynie zainteresowanych Quentinem, ale niezwiązanych z nim bezpośrednio do tej pory nie czytałam wszystkich prac z danej edycji, a jedynie rzucałam okiem na te, które trafiły do finału. To pewnie przez to byłam przekonana, że poziom wszystkich przychodzących na konkurs tekstów jest mniej więcej wyrównany, przez co niezwykle trudno wyłonić finalistów. Mocno zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam niektóre z testów, jakie przyszły na tegoroczną edycję i zdałam sobie sprawę z tego, jak wielka przepaść dzieli najsłabsze i najlepsze scenariusze. Wystarczy spojrzeć na “Macki są w porządku”, scenariusz przygotowany pod każdym względem - nie sposób użyć innego słowa - profesjonalnie i porównać go ze sławnym już “Z deszczu pod rynnę”. Właśnie.
Jednocześnie to wcale nie oznacza, że mnie samej łatwo było wybrać tych najlepszych - przeciwnie, podczas głosowania na finalistów walczyły we mnie rzetelność, jaka powinna wiązać się z pełnieniem funkcji sędziego i osobiste upodobania. Szczególnie odczułam to dzięki “W poszukiwaniu poszukiwacza”. Ten tekst był dla mnie największym zaskoczeniem i jednocześnie rozczarowaniem edycji: przepięknie zilustrowany, świetnie napisany, z niesamowicie ciekawym tłem historycznym, doskonale skomponowaną drużyną. Podoba mi się do tego stopnia, że żałuję, iż musiałabym go przeczytać - z przyjemnością bowiem zagrałabym w “W poszukiwaniu poszukiwacza”, tymczasem mogę go jedynie poprowadzić. Kibicowałam mu całym sercem jednocześnie mając świadomość, że ma za dużo braków, abym mogła na niego zagłosować.

Grafik poszukiwany

“Nie mam żadnych szans, bo nie dość, że sama nie potrafię, to jeszcze żaden z moich znajomych nie jest ani profesjonalnym rysownikiem, ani składaczem” - to jedna z wymówek, której używałam chyba za każdym razem, kiedy nie chciało mi się zabrać za pisanie mojego scenariusza. Teraz już wiem, że równie dobrze mogłam powiedzieć sobie: “przyznaj, po prostu Ci się nie chce”, bo pięknie przygotowany pdf i “łysy” tekst w pliku doc naprawdę mają równe szanse na zwycięstwo. Decyduje treść. Oczywiście, miło jest popatrzeć sobie na ładne ilustracje, jednak są one jedynie dodatkiem do ciekawej, spójnej historii, którą mają przeżywać bohaterowie graczy. Jeżeli jej zabraknie to pracy nie uratują nawet obrazy Wojciecha Siudmaka. Warto zdać sobie z tego sprawę, by w przyszłości skoncentrować swoje wysiłki na poszukiwaniu wśród znajomych nie grafika, ale rzetelnych recenzentów, którzy wytkną wszystkie błędy i niedociągnięcia. Po raz kolejny jako przykład może posłużyć “W poszukiwaniu poszukiwacza”, który zawiera świetne, klimatyczne ilustracje. Dla porównania można zestawić go z jednym z wyróżnionych scenariuszy: “Niedokończeni” pod względem wizualnym wypadają raczej blado. 

Literatura wysoka

Są tacy, którzy natychmiast jeżą się, gdy w kontekście Quentina pada określenie “konkurs literacki”. Ja wprawdzie nigdy nie cierpiałam na tę przypadłość, jednak nie dziwi mnie jej istnienie. W końcu scenariusz do gry fabularnej to tekst użytkowy, instrukcja obsługi dla Mistrza Gry, zatem jakikolwiek artyzm i literackość co najmniej w stylu nagrody Nike są mu zupełnie niepotrzebne. Prawda. Sęk w tym, że - przynajmniej w mojej opinii - Kapituła Quentina określenia “konkurs literacki” używa w zupełnie innym kontekście, co przeciwnicy konkursu. Nikt nie neguje tego, że scenariusz powinien służyć Mistrzowi Gry do przygotowania sesji. Przeciwnie, praca, która ma pełnić funkcję swoistej instrukcji powinna być napisana poprawnym, przejrzystym językiem. Tak, aby była zrozumiała i łatwa w odbiorze. Tak, aby rzeczywiście dało się z niej skorzystać. W scenariuszu liczy się przede wszystkim treść - to prawda, która jednak nie zwalnia nikogo z obowiązkowej poprawności językowej. Bo treść mozolnie wyłuskiwana z plątaniny błędów stylistycznych ma o wiele mniejsze znaczenie. Wystarczy spojrzeć na los scenariusza-kolosa: “Słowo kapłana” to całkiem niezła kampania do Warhammera. Jestem pewna, że graczom autora zapewniła wiele fajnych sesji, ja jednak zapamiętam z niej przede wszystkim zupełny brak redakcji, który wyjątkowo utrudniał mi lekturę. Nie jestem też pewna, czy znajdzie się Mistrz Gry gotowy ze “Słowa kapłana” skorzystać, bo przebijanie się przez napisany w ten sposób tekst zajmuje po prostu zbyt wiele czasu. W tym kontekście warto potraktować słowa o konkursie literackim poważnie.
Z drugiej strony, nie można z tą całą literackością przesadzić - w kontekście scenariusza RPG oznacza ona, przynajmniej dla mnie, poprawność językową. Rozbudowane klimatyczne wstawki na każdej stronie tylko niepotrzebnie utrudniają odbiór tekstu, odciągając czytelnika od właściwej historii. Bo przecież mówimy o konkursie na scenariusz, nie na opowiadanie.

Kilka dodatkowych godzin

Quentin to niesamowicie czasochłonna zabawa. Wiem, że uczestnicy konkursu poświęcają na dopieszczanie swoich dzieł długie miesiące, muszę jednak przyznać, że sędziowie również nie mają lekko. Czytanie konkursowych prac zjadło mi dwa tygodnie. W najśmielszych szacunkach nie spodziewałam się, że będzie ich tak wiele i że w sumie osiągną tak zacną objętość. Sądziłam, że lektura pójdzie mi szybko i sprawnie, a tu okazało się, iż nie dość, że do czytania jest wyjątkowo dużo, to jeszcze przecież trzeba to robić wyjątkowo uważnie, notować swoje uwagi i pisać komentarze. Tymczasem praca czeka, nimdil domaga się atencji, a pies dzielnie mu sekunduje, co chwila podrzucając mi inną zabawkę. Może to z mojej strony naiwne, ale naprawdę nie sądziłam, że Kapituła ma aż tyle roboty.

Nie tacy anonimowi

Wiedząc doskonale, jak niewielką grupę tworzą osoby aktywne w fandomie RPG spodziewałam się, że wymóg przysyłania anonimowych prac właściwie nie jest potrzebny. Nie, nie sądziłam, że odgadnę imiona i nazwiska wszystkich autorów, liczyłam jednak na trafność około 50% strzałów. Bardzo śmieszne. Miałam 2 typy (słownie: dwa). Co z tego, że oba trafione, skoro w przypadku pozostałych 17 prac nie przychodził mi do głowy żaden potencjalny autor? Zresztą, wspomnianymi trafieniami nie mogę się jakoś szczególnie szczycić - nie muszę pewnie mówić, że tego, kto jest autorem “W wielkim świecie” domyślali się wszyscy, a styl Plane’a również wiele osób zdołało poznać. Poza tymi dwoma wyjątkami… Nie wiem, jakim fandomowym omnibusem trzeba być, żeby wymóg anonimowości przestał się liczyć. Ja w każdym razie test ze znajomości RPG-owych ziomków oblałam dokumentnie.

Na koniec dodam, że ruszyła już publikacja komentarzy członków Kapituły. Serdecznie zachęcam to zapoznania się nimi. Raz jeszcze gratuluję zwycięzcom: Łukaszowi Fedorowiczowi, Karolowi “Eliashowi” Woźniczakowi i Markowi “Planetouristowi” Golonce.

Puchar Mistrza Mistrzów: mój pierwszy raz

Dzięki Złotym Kościom nabrałam dostatecznie dużo wiary w swoje umiejętności, aby zdecydować się na uczestnictwo w Pucharze Mistrza Mistrzów - chciałam na własnej skórze przekonać się, jak słynny konkurs wygląda od środka, by ewentualnie w przyszłym roku móc pomyśleć o poważnej walce o puchar. Jeżeli zaś chodzi o tegoroczną edycję miałam tylko jeden cel: nie skompromitować się za bardzo, jako, że moja sesja na PMM-ie miała być powrotem do prowadzenia po kilku miesięcznej przerwie. Przy tym miałam bardzo niewiele czasu na podjęcie jakichkolwiek przygotowań - Tytania i Quentin to po prostu dwa dodatkowe etaty. Nie muszę pewnie dodawać, że ostateczne wyniki turnieju okazały się dla mnie równie wielkim, co pozytywnym zaskoczeniem.

Gra o wysokie stawki

Tworzenie sesji eliminacyjnej rozpoczęłam w środę - dzień przed rozpoczęciem Polconu. Kierując się doświadczeniem wyniesionym ze Złotych Kości zdecydowałam się na wykorzystanie mechaniki Lady Blackbird. Poza tym, że jest łatwa, dynamiczna i aktywizuje graczy mam pewność, że potrafię odpowiednio wyjaśnić jej działanie, co również jest niebagatelną zaletą. Wybrałam konwencję mrocznej baśni, a do tego miałam główny motyw, pomysł na to, kim będą postaci graczy i luźną wizję zakończenia. Udało mi się namówić nimdila do przygotowania eleganckich kart postaci graczy, a samodzielnie wyszukać kilka niezbędnych informacji i zrobić trochę notatek. O testowaniu czegokolwiek, rzecz jasna, nie mogło być mowy.

Jednocześnie rozpoczęłam poszukiwanie graczy. Nie do końca wiedziałam, skąd mogę ich wyczarować, skoro moja krakowska drużyna nie zamierzała pojawić na Polconie. Byłam przy tym przekonana, że - przynajmniej do pierwszego etapu turnieju - każdy MG musi samodzielnie “załatwić sobie” komplet graczy. Dzięki Facebookowi - zdradzieckie, niebieskie narzędzie czasem jednak do czegoś się przydaje - wstępnie udało mi się umówić z trójką potencjalnych graczy. Pozostawało więc czekać na konwent: oficjalne spotkanie z PMM-em miało odbyć się w czwartek o 18.00, po nim zaś zapisy Mistrzów Gry.

Oczywiście, nie wszystko poszło po mojej myśli. Pierwszego dnia, jak chyba każdy uczestnik konwentu, utknęłam w gigantycznej kolejce do akredytacji. Z kolei w piątek rano okazało się, że brakuje mi jednego gracza. Na szczęście sędziowie dali przekonać argumentowi, że fandomowa sława z pewnością sobie poradzi w przeciwieństwie do takiej szarej myszki, jak ja - w ten sposób zwinęłam Ifryta wprost sprzed nosa Zeda i szybko uciekłam do przydzielonej mi sali.

Samą sesję niezwykle trudno mi ocenić. Pierwsza scena wypadła dobrze (być może nawet bardzo dobrze), podobnie jak retrospekcja, później jednak zaczęłam się spieszyć, przekonana, że lucek zaraz będzie musiał uciekać na swoją prelekcję. Zresztą, po sesji niewiele miałam czasu na zastanawianie się nad jej jakością. Z jednej strony, nie zdążyłam porozmawiać z graczami, bo chcieli przejąć ich sędziowie, z drugiej musiałam pędzić do domu, żaby wyjść z psem na spacer. Być może przez to i wspomniane wrażenie pośpiechu, kiedy nimdil chciał się dowiedzieć, jak wypadła moja sesja odpowiedziałam, że beznadziejnie i raczej nie mam co liczyć na wyjście z eliminacji. Po powrocie na konwent dostałam śliczne kostki na pocieszenie, a na ogłoszenie wyników trzeba było niemalże zaciągnąć mnie siłą.

Potem okazało się, że jednak wcale nie było tak, jak sądziłam i za 3 godziny prowadzę sesję półfinałową. Ups. Dostałam kartkę ze szkicem scenariusza, kilka słów prawdy na temat wcześniejszej sesji, po czym z trzech godzin zrobiło się 2,5. Później była wizyta w całodobowym punkcie druku w celu zdobycia czystych kart postaci. W ten sposób, kiedy wreszcie mogłam usiąść i spokojnie pomyśleć była już chyba 20. Znalazłam sobie cichy kąt na piętrze z bitewniakami, gdzie udało mi się zdecydować o co właściwie będzie chodzić, kim będą postaci graczy oraz NPC-e, których napotkają na swojej drodze. Potem nimdil pojechał zdobyć dla mnie gadżety i jedzenie, ja zaś mogłam w samotności oddawać się panikowaniu.

O 22 odbyło się losowanie graczy - właściwie, gracza, bo szkic przewidywał ich jedynie trzech, z czego jednego wybierał MG, a drugi był wybierany spośród sędziów. Jako, że potrzebowałam kobiety na “swojego” gracza nominowałam poznaną w kolejce akredytacyjnej Anię. Z losowania dostał mi się Karol, a z grona sędziowskiego - dr Jerzy Szeja. Sesja wypadła sympatycznie, wydawało się też, że gracze mieli niezły ubaw, bawiąc się gadżetami. Niestety, przez to, że była nastawiona na swobodną zabawę i lekki nastrój brakowało w niej napięcia, skończyła się też zaskakująco szybko - raz udało mi się zmieścić w wymaganym czasie. Po powrocie do domu dowiedziałam się od nimdila, że nie zamierza więcej przejmować się moimi atakami paniki i na ogłoszenie wyników w sobotę o 10 pojadę sama, on zaś dołączy do mnie później. Potem, kiedy już poznamy finalistów, będziemy mogli przekonać się, jak wygląda konwent, posłuchać prelekcji i może nawet zagrać w jakąś planszówkę.

Kolejny raz moje próby przewidywania przyszłości okazały się nie warte funta kłaków - wraz z Zedem dostałam się do finału.

Sesje finałowe miały rozpocząć się o 13. Po otrzymaniu feedbacku i spojrzeniu na zegarek doszłam do wniosku, że skoro w przeciwieństwie do Zeda nie mam gotowej sesji jedynym rozsądnym wyjściem jest poddanie się. Na szczęście, chwilę później przyjechał nimdil, który stanowczo nakazał mi wziąć się w garść i walczyć mimo wszystko. Sięgnęłam więc po ostatnią deskę ratunku: klasyczną Lady Blackbird. Na swojego gracza wybrałam Poziomkę, która akurat była jedyną kobietą w okolicy, z losowania dostali mi się Puszkin i Skobel, a z grona sędziowskiego: Haritsuke. Zupełnie nie potrafię ocenić sesji finałowej, mam jednak nadzieję, że gracze nie uważają spędzonego ze mną czasu za zupełnie stracony. Wiem natomiast, że mogła wypaść dużo lepiej, niestety, obecność publiczności oraz sporej liczby sędziów, nerwy i zupełny brak przygotowania okazały się dość przytłaczające.

Walka z przeciwnościami

Puchar Mistrza Mistrzów to nie tylko sesje: to także praca sędziów i Wojtka Rzadka, organizatora. Ci zaś spisali się świetnie, szczególnie biorąc pod uwagę rozmiar tegorocznej edycji turnieju, w której wzięło udział 26 MG - najwięcej od lat.

Przede wszystkim, muszę przyznać, że komfort prowadzenia był naprawdę duży. W Kotle - jednym z czterech budynków, w których odbywał się konwent - dla Pucharu przeznaczono prawie całe dwa piętra, dzięki czemu wszyscy mieli zapewnione ciszę i spokój. Nawet, kiedy liczba Mistrzów Gry przerosła liczbę dostępnych sal, Haritsuke i Wojtek dwoili się i troili, żeby dla każdego MG znalazło się wygodne, względnie odizolowane od hałasu stanowisko do gry. Można było zupełnie zapomnieć o tym, że gdzieś obok na Polconie bawi się ponad 4 tysiące osób. Dodam też, że kiedy wybieraliśmy miejsca na sesje finałowe, grono sędziowskie specjalnie ulokowało swoją “bazę wypadową” w najmniej komfortowej z sal, żeby pozostawić nam tylko te zapewniające rzeczywiście dobre warunki. To się nazywa dbanie o uczestnika.

Niestety, dobre warunki zapewnione prowadzącym to nie wszystko. Głównym wrogiem tegorocznej edycji były, moim zdaniem, niewłaściwe zarządzenie czasem i dezinformacja. Przypuszczam, że nie byłam jedyną osobą, która mocno zdziwiła się, widząc harmonogram turnieju. Zgadzam się z tym, że trzy godziny pomiędzy ogłoszeniem wyników eliminacji, a półfinałem powinno dobremu MG wystarczyć na wyrzeźbienie sesji w oparciu o gotowy scenariusz, jednak finał odbywał się zdecydowanie zbyt wcześnie. Podczas prelekcji wyjaśniającej czym jest PMM zostało powiedziane, że to konkurs skierowany do wszystkich Mistrzów Gry, prowadzących w trakcie konwentu - nawet tych, którzy o turnieju dowiedzą się dopiero, kiedy nagle okaże się, że sędziowie oceniają ich sesje. Tymczasem, wyznaczenie tak krótkiej przerwy między ogłoszeniem wyników półfinału, a finałem kłóci się z tym założeniem. Taki harmonogram sprawia, że aby mieć szansę wygrać trzeba przyjechać na konwent z dwiema gotowymi sesjami. Odnoszę również wrażenie, że takie skondensowanie konkursu negatywnie odbiło się na poziomie turnieju. Nie wiem, jak oceniają się pozostali Mistrzowie Gry, ja jednak za najlepszą uważam swoją sesję eliminacyjną. Oczywiście, jest też druga strona medalu: dzięki skompresowaniu w czasie, puchar mógł zostać wręczony w Sali Kongresowej, co z pewnością podniesie prestiż konkursu, a w przyszłości może ułatwić pozyskiwanie sponsorów - coś za coś. Zakładam, że była to świadoma decyzja, której wady i zalety były brane pod uwagę.

Druga sprawa to dostępne na stronie Pucharu, a także już na miejscu, w informatorze konwentowym, wiadomości o turnieju. Przede wszystkim, w regulaminie brakuje wyjaśnienia kwestii wybierania graczy na sesję - o tym, jak dokładnie to wygląda dowiedziałam się dzięki uprzejmości Krzysia. Poza tym, opublikowany w informatorze tekst o Pucharze był niekompatybilny z zamieszczonym na tej samej stronie harmonogramem, co mogło prowadzić do pewnych pomyłek. Przydałaby się też taka osobna “tabelka programowa” dla chętnych do udziału w pucharowych sesjach graczy - mam wrażenie, że nie do końca wiadomo było, jak i kiedy zgłaszać się na pucharowe sesje przez co wielu chętnych nie wzięło nawet udziału w losowaniach. W tym miejscu muszę przeprosić Karczmarza, który ostatecznie u mnie nie zagrał. Mam nadzieję, że na kolejnej edycji PMM-a gracze zostaną nieco bardziej dopieszczeni, szczególnie, że Mistrzom Gry uczestnictwo w Pucharze zapewnia wiele pozytywnych wrażeń.

Na koniec muszę też dorzucić swoje trzy grosze do kwestii sponsoringu: Wojtek w tym roku wykonał tytaniczną pracę, poszukując sponsorów Pucharu i dbając o PR wydarzenia, które w Internecie było widoczne na długo przed konwentowym weekendem. Trzeba jeszcze tylko postarać się nawiązać współpracę z którym z producentów napojów energetycznych. Jestem pewna, że za coś takiego zarówno sędziowie, jak i Mistrzowie Gry będą sławić PMM-a po wsze czasy.

Z pewnym wstydem wyznaję, że nie mam pojęcia, jak wyglądał tegoroczny Polcon. Miniony weekend był dla mnie mieszaniną sesji, momentów paniki i radości, związanych z PMM-em. Uczestnictwo w Pucharze Mistrza Mistrzów było niesamowicie zaskakującym, a przy tym pozytywnym doświadczeniem. Mam również nadzieję, że nie pozostanie bez wpływu na moje codzienne sesje.

Odrobina prywaty

Mogłoby się wydawać, że PMM zupełnie pozbawił mnie możliwości interakcji z konwentowiczami - nic bardziej mylnego. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam tak wiele podziękowań do rozdania.

Wojtek Rzadek - za to, że każdego roku sprawia, iż TO WSZYSTKO się dzieje.
Sędziowie - za wiele godzin trudnej, a momentami również dość nużącej, pracy.
Kadu, Krzyś, Haritsuke, Braven - za konstruktywne uwagi już w trakcie konwentu. Dodatkowo, osobne podziękowania należą się Krzysiowi za to, że niestrudzenie pilnował, abym zawsze znajdowała się w odpowiednim miejscu we właściwym czasie.
Nimdil - za bycie "wspierającą żoną" Mistrza Gry zawsze kiedy tylko była taka potrzeba.
Moim graczom: Ani, Karolinie, Poziomce, Ifrytowi, luckowi, Karolowi, Skoblowi, Puszkinowi - mam nadzieję, że nie uważacie spędzonych na moich sesjach godzin za stracone.
Jade, Szpon, Ertai, Plane i wszyscy inni, którzy trzymali za mnie kciuki - za wiarę w moje możliwości.
Jaxa - za "ostatnią nadzieję białego człowieka".